Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Start
Postacie


Andrzej Bałdyga PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
czwartek, 12 kwietnia 2012 13:17

Andrzej Bałdyga – Kurp z Lemana - Leszek Czyż


Kiedy patrzę dziś na mojego 10 – letniego syna, myślę sobie, że moje dzieciństwo bardzo różniło się od tego, które przeżywają dzieci obecnie. Przede wszystkim o wiele więcej czasu spędzaliśmy na podwórku czy zagajniku koło kościoła, wymyślając sobie przeróżne zabawy; o ile akurat nie trzeba było pomagać przy sianie, przy żniwach, czy innych pracach w polu. To prawda, że my nie mieliśmy alternatywy w postaci różnych cywilizacyjnych dobrodziejstw, jak: telewizor, komputer czy internet. Jedną z naszych ulubionych czynności latem, było pływanie lub łowienie ryb w kanale. Na mapach widnieje on jako rzeczka Turoślanka. Nie było w nim zbyt głęboko, więc brodząc po płytkiej wodzie czasem udawało nam się złowić miętusa, a nawet szczupaka, oczywiście rękoma. Kiedy chcieliśmy popływać, szliśmy za tamę. Tam było znacznie głębiej.

Pewnego upalnego lipcowego dnia wybrałem się właśnie za tamę, żeby sobie popływać. Miałem wtedy nie więcej jak 10 lat. Szedł ze mną wówczas mój przyjaciel Andrzej. Po drodze zauważyliśmy obsypaną dorodnym i apetycznym owocem wiśnię, która rosła niedaleko plebanii. Zdecydowaliśmy, że odwiedzimy ją przed wieczorem. Tak też uczyniliśmy. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że wiśnia, rosła na terenie, wprawdzie nie ogrodzonym, ale parafialnym.

Po dwudziestu kilku latach od tego zdarzenia, napisałem gadkę „Księdzowsko ziśnia”. Niemal wszystkie moje gadki opowiadają zdarzenia fikcyjne, aczkolwiek inspirowane różnymi prawdziwymi przeżyciami i opowieściami. „Księdzowsko ziśnia” należy do tych nielicznych, które mówią o autentycznych przeżyciach. Kurpiowskie wiersze, widowiska i gadki kurpiowskie, łącznie z tą wspomnianą, znalazły się w wydanym w 1998 r. przez Związek Kurpiów zbiorku pt. „Pusco ty moja …”.




KSIĘDZOWSKO ZIŚNIA


Opoziem wam tako jedno rzec jekem buł jesce mały. Tero taki dzieciak, to mo wsio o cem tylo zamyśli, ale dawniej tak nie było. Tero od Nikołaja, abo na wykup, to pełno torbe słodycow dostajo, a mnie chrzesno, to tylo kawoł psennego placka i pore psisankow przyniosła.

Totez roz, a było to w take skwarne lato, ślim z Jędrzejem sie wykąpać do rowu i zobocylim na przećko plebanii tako fajno ziśnie, a cało obsypano owocem. Udumalim, ze jek sie ściemni, to przydziem skustować ksyne tech ziśniow. Tak tez zrobzilim. Podeślim do niej pamrokem od strony zogajnika, zeby nicht nie zidzioł.

- Właź chyzo! - mozie do Jędrzeja - póki jesce zidać. Ty rzij i rzucoj, a jo będe łapoł. -

Nie poziem, nie opsieroł sie za długo. Wloz i rzie, ale rzucać, to za duzo nie rzuco.

- Nie zrzyj - mozie - tylo rzucoj! -

A on co i roz to gordziel wyciągo i na coś patrzy. Ślepsie wytrzescuł, to myślołem, ze sie teni pestkani udoziuł, ale nie. Za sile złazi.

- I cego złazis? - mozie - som sie nazereś, a dlo mnie to co !? -

Ale on cale nic nie godo, tylo jesce chyziej złazi. Bryknął i kładzie sie w trowe.

No jo - myśle sobzie - nałykoł sie tech ziśniow, przepadziwek jeden razem z pestkani i mu tero bełk dokuco. Juz chciałem na niego krzyceć, ale oglądom  się ... , a tu za mno ksiądz prabosc z bzicem stoi. Moj Boze ..., wszystke modlitwy na raz ni sie przybocyły. Na scęście probosc buł cłoziek starsy i nie trasiuł mnie po ciemoku tem bzicem. Jędrzej nie cekoł na mnie, ale jo i som chyzo droge do domu znalosem.

Do dziś onijom to księdzowsko ziśnie.

Jak tylko zbiorek ukazał się, natychmiast wysłałem egzemplarz mojemu przyjacielowi Andrzejowi, który był wtedy dyrektorem Szkoły Podstawowej w Tuchlinie, tuż nad Śniardwami. Chyba nie zdążył go przeczytać.

Andrzej Bałdyga urodził się 23 marca 1963 roku w Pieszycach k. Wałbrzycha. Nie tam jednak należy szukać jego korzeni. Z całą pewnością był Kurpiem. Matka Andrzeja, Jadwiga była rdzenną Kurpianką. Będąc jednak w ciąży wyjechała ponoć do Pieszyc, aby porozumieć się z ojcem Andrzeja, Henrykiem. Najwidoczniej do porozumienia tego nie doszło, gdyż Jadwiga z noworodkiem wróciła w rodzinne strony. Czas jakiś pracowała w Piszu, a następnie wróciła do Lemana i tu została już do końca, imając się różnych zajęć; a to sprzątając w Ośrodku Zdrowia, a to przyrządzając posiłki dla wiejskiego dziecińca. Do szkoły podstawowej uczęszczał Andrzej oczywiście w Lemanie w latach 1970 – 1978. Spędzaliśmy wtedy razem, a więc: Andrzej, Kazik, Waldek, Irka, Celina i wielu innych – dużo czasu na zabawie. Wówczas była nas całkiem spora gromadka chłopaków i dziewcząt tylko z pobliskich lemańskich domów. Dziś pewnie palców jednej ręki w zupełności starczyłoby, aby zliczyć okoliczną dzieciarnię. Andrzej zaskakiwał nas zręcznością i siłą. Lubił sport i chętnie go uprawiał, np. zimą biegał na nartach. Potem te zainteresowania znalazły swoje odbicie na studiach. Jednakże raz poważnie zachorował. Część klasy siódmej (od 7 lutego 1977 r. do końca roku szkolnego) spędził w Uzdrowisku „Wieniec”. W czasie leczenia sanatoryjnego uczył się jednocześnie w Szkole Podstawowej w Wieńcu Zdroju niedaleko Włocławka i tam ukończył klasę siódmą z wyróżnieniem. Andrzej był niezwykle zdolnym uczniem. Na świadectwie ukończenia szkoły podstawowej miał tylko dwie czwórki; pozostałe oceny, to piątki. W 1970 roku urodził się Robert, brat Andrzeja. Po kilku latach pani Jadwiga wyszła za mąż za Stanisława Lemańskiego i cała trójka zamieszkała w nowym domu. Andrzej odkąd pamiętam, miał mnóstwo zainteresowań. Praktyczne interesowało go wszystko, co go otaczało. Oglądał z wielką starannością różne rośliny na łące czy mchy w lesie. Jeśli coś budziło jego wątpliwości, to szukał odpowiedzi w książkach lub szedł do leśniczego i pytał, pytał, pytał. Umiał nazwać różne rodzaje chmur, a wieczorami patrząc w niebo odgadywał nazwy gwiezdnych konstelacji. Jego wielką namiętnością było czytanie, a czytać potrafił wszędzie. Widziałem go nieraz jadącego z ojczymem na wozie po siano ze wzrokiem wlepionym w książkę. Widziałem jak wracał z łąki na wozie pełnym siana też ze wzrokiem wlepionym w książkę. Jeśli nie czytał, to siedział w szopie i rzeźbił świątki z kawałków lipy. Rzeźbił dłutami, które wcześniej sam sobie zrobił ze starych pilników. To on nauczył mnie jak naostrzyć dzidę w ognisku bez użycia noża, jak zrobić dobry łuk i strzały, jak wykonać z małej karpiny maczugę nabijaną kamieniami. To on podarował mi swoją starą gitarę i nauczył pierwszych kilku chwytów. „Resztę nauczysz się sam” – powiedział wtedy. Nie raz później układaliśmy razem piosenki, np. „Nie daj się Kurpiu!” i graliśmy na gitarach, na organkach, a Waldek Zadroga wybijał rytm na starych pudełkach i garnkach. Lubiliśmy śpiewać i grać ot tak, dla siebie. Jeśli nie muzykowaliśmy akurat, to wieczory, często do późnej nocy, spędzaliśmy na rozmowach, które miały ambicje filozoficznych wręcz dyskursów. Czasem zapisywaliśmy różne myśli. Część z nich wplątała się gdzieś w Andrzejowe rękopisy, a część w moje.

Szkołę średnią skończył w Kolnie. Było to Liceum Ogólnokształcące, do którego uczęszczał w latach 1978 – 1982. Zaraz po maturze wyjechał do Krakowa gdzie studiował w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Odwiedziłem go dwa lub trzy razy. Nazywali go tam Kurp. Był dumny ze swego pochodzenia i dużo wiedział o przeszłości Puszczy Zielonej. Na ścianie w swym akademickim pokoiku zawiesił kawałek autentycznego płotu, a nad nim kosę, którą znalazł spacerując obok Kopca Kościuszki. Andrzej pokazał mi kawałek Krakowa i życie studenckie w akademiku. Muszę przyznać, że bardzo mi się to spodobało. Los jednak prowadzał mnie wtedy dość krętymi drogami. Jego życie z dala od domu też nie było różowe. Tuż po przyjeździe po wakacjach do Krakowa, 30.09.1985r. napisał tak: „Palę się, powoli i bardzo gwałtownie zmieniam w popiół to, co mogłoby w przyszłości być żarem, paliwem, kadzidłem i żółcią dla Ciebie. Palę się więc dla Ciebie, palę się więc sam, cało, abyś z rozwianych na cztery strony świata popiołów nigdy nie mogła rozpoznać oblicza tego, co spaliłem. Zgadzam się na życie, na wszystko, na fakty, na plakaty, na wiry, głębie, dna i nieba, na nic. Podziękuję tym, co założą mi pętlę, za kalorie włożone w tę czynność. Będę przeklinał resztki czającego się w płucach tlenu, które będą chciały rozjaśnić mi ostatnie chwile życia. Będę żałował i przepraszał wszystkich, że nie jestem wygodną podłogą dla ich stóp”. W lutym 1986 roku Andrzej zaprosił mnie, jako świadka, na swój ślub. W tę daleką podróż do Żabnicy (k. Żywca), skąd pochodzi jego żona Teresa, wybraliśmy się pociągiem z mamą Andrzeja, jego bratem Robertem i Waldkiem, który był drugim świadkiem. Wesele trwało trzy dni. Do dziś mile wspominam wspaniałą atmosferę, zimne żywieckie piwo i góralską gościnność. Państwu Bałdygom już 7 lipca urodził się pierworodny syn – Przemysław. Do zakończenia studiów mieszkali w trójkę w akademiku.

Po skończeniu studiów, szczęśliwym zbiegiem okoliczności, oboje znaleźli pracę i mieszkanie w Tuchlinie. Stało się to za sprawą ciotki Andrzeja, która była nauczycielką w miejscowej szkole, a jej mąż dyrektorem tej szkoły. Sprowadzili się do Tuchlina dokładnie wtedy, gdy Przemek skończył roczek. W tym samym roku (1987) ja zaczynałem swą pedagogiczną drogę w Szkole Podstawowej w Warmiaku (gm. Łyse). W nowym miejscu Andrzej bardzo szybko dał się poznać jako doskonały pedagog i wspaniały, niezwykły człowiek. Był rzeczywiście kimś nieprzeciętnym, znacznie wyróżniającym się w swoim środowisku. Jego lekcje były inne od tych, do których przywykli tamtejsi uczniowie. Przyrody, jeśli tylko pogoda pozwalała - uczył na łące i w lesie. Gdy uczył wychowania fizycznego, najpierw z uczniami upletli ze sznurków siatki do bramek. Od 1990 roku zaczął pełnić funkcję dyrektora tej szkoły. W styczniu 1990 roku przyszło na świat drugie dziecko Andrzeja i Teresy – Paulina, a wiosną 1994 roku – syn Marek. Od czasu do czasu odwiedzaliśmy ich z moją żoną Marią. Za każdym razem widziałem, jak zmienia się ich mieszkanie; staje się coraz bogatsze w rzeźby, czy obrazy, które oczywiście Andrzej wykonał. Podziwiałem obite skórą stołki i kanapę. Właściwie, to niemal wszystko w domu potrafił sam wykonać, począwszy od hydrauliki, a skończywszy na meblach. Próbował nawet gry na puzonie. Jednocześnie pisał - pisał wiersze, różne literackie miniatury, opowiadania. Lubił bawić się słowem. W jego utworach znaleźć można i tragizm, i ironię, i filozoficzną zadumę, i frywolność, bo on właśnie taki był, takim go znałem. Miewał różne problemy, ale nie chciał nazywać ich wprost i głośno. Czasem skarżył mi się, a ja go słuchałem, tak jak on słuchał mnie, tak jak tylko przyjaciel może słuchać przyjaciela. Kiedy w 1989 r. braliśmy z Marią ślub, przyjechał sam. W jego zapiskach z tego roku odnajdujemy taki oto tekst: " Tak za bardzo nie ma z kim porozmawiać. Nie wiadomo co zostało, dyjament, popiół, żal czy nadzieja. Kończy się powoli to, co było kiedyś przed i powoli zaczyna się to, co było za. Zostały same szczury po tym co było kiedyś okrętem. Nie ma gdzie uciekać, rozpacz. Najcenniejsze wartości, wiara - zniknęły. Ale co postanowisz, niech się ziści, przed twoją wolą się ukorzę. Będę się giął i prostował do końca, będę budował zamki na piasku, bo lubię budować”. Bardzo wnikliwą analizą jego utworów zajął się Rafał Bazydło w pracy magisterskiej pt. „Życie i twórczość Andrzeja Bałdygi” pisanej w 2006 r. pod kierunkiem dr hab. Zbigniewa Chojnowskiego.

Przez kilka lat w wakacje wyjeżdżał do Niemiec, aby zarobić na swój wymarzony własny dom. W końcu kupił piękną działkę z dużym domem do remontu w pobliskim Okartowie. Remontował dom, zagospodarowywał działkę, cieszył się choćby małymi postępami w tej robocie. Nie skończył. Nieszczęśliwy wypadek wszystko przekreślił. Zginął tragicznie w czerwcu 1998 r. na swojej nowej posesji w Okartowie, gdzie wkrótce miał przeprowadzić się z rodziną. Teresa została sama z trójką dzieci. Nie chciała kontynuować tego remontu, nie chciała mieszkać tam gdzie zginął jej mąż. Poprosiła mnie o epitafium. To chyba najtrudniejszy czterowiersz jaki w życiu napisałem. Został wyryty na płycie nagrobnej.

Andrzej Bałdyga mimo, że był pogodny dla otoczenia, miewał świetne poczucie humoru, to jednak często można go było spotkać zadumanego, smutnego i jakby nieobecnego. „Kiedy szarość kolejnego dnia pokryje się pleśnią nowych refleksji, kładę spać męczone serce. Każdego ranka zbieram ze strzępów i składam na nowo w całości poszarpane ja. Jest to codziennie inny człowiek, inna kombinacja emocji, a może inny kłębek nerwów. Nie ma już podniecenia z nadziei na odmianę, jest smutny spokój toczącego się obok przeznaczenia. I tak siedzę sam na sam z sumieniem przeszłości i „mierzę siły na zamiary” - na jutro. I myślę o chlebie powszednim, który jem, o ziarnie, które już rzuciłem w grunt i o piecach, z których będę jadł chleb przyszły. I nie widzę żadnego cudu, który by chciał to zmienić”. Wiele czasu poświęcił szukaniu ojca. Kiedyś opowiadał mi, że już właściwie odnalazł go, ale kiedy przyszło do spotkania … „Powiedział, że owszem znał moją matkę, ale ja na pewno nie mogę być jego synem. Potem zaprosili mnie do domu (był żonaty), poczęstowali herbatą, a nawet zapewnili …, że mogą mnie adoptować!” – wspominał później Andrzej. Oczywiście nie chciał, żeby go ktoś adoptował, był już dorosły, w trakcie studiów. Chciał tylko poznać swego ojca. Chyba nigdy nie było mu to dane. W jego utworach  poszukiwanie szczęścia przewija się z przeświadczeniem o nieuchronnej śmierci, rychłej śmierci, tak jakby coś przeczuwał. „Chciałbym porozmawiać sobie ze śmiercią w momencie śmierci, chciałbym się przekonać, czy można umrzeć świadomość i wolę, w co na razie nie wierzę, chciałbym się przekonać kim jestem” (Kraków, 24.11.1984 r.).

Andrzej Bałdyga zostawił kilkadziesiąt różnych tekstów, których nigdy nie publikował, a które z pewnością doczekają się osobnego wydania. Przytoczę kilka z nich.


Leszek Czyż


*   *   *

Praca, dużo pracy. Dni, miesiące, tygodnie; sierpień, wrzesień i znużenie, takie zrezygnowanie, taka szarość. Recesja. Całkowity brak odprężenia. Smutne wieczory z prognozą smutnego ranka, silni i chciwi ludzie dookoła. Nie wiadomo co począć, nie wiadomo na co czekać, gonić i snuć marzenia, układać plany? Może pogrążyć się w powszednim otępieniu, może być jak słoń w Kenii czyimś trofeum.

Każdy sam czuje, jakieś czucie, poczucie cyngla albo garbu. Potrzeba chwili i jej zaspokojenia; chwila potrzeby i poczucie wypróżnienia. Gdzie ta wiara, co czyni cuda, gdzie ta siła, gdzie ten spokój, gdzie te łąki, ta trawa mokra od rosy, gdzie jest grób tego pięknego
świata, w którym żyłem. Optymizm - może będzie trochę ciężko, ale będzie dobrze.

Dziewczęta, co podkochują się w dojrzałych mężczyznach; mężczyźni, którzy zerkają na młode podlotki. Coraz dłuższe klapy na oczach, ośle uszy, naiwność, kołowatość, ociężałość. Czekam na cud, apokalipsę, piekło, niebo, jakąś zmianę. Zamienię używany żywot na nowy. Ona przyjdzie kiedyś, a ja ciągle nie wiem co ja tu robię i po co. Po co się powielam i innych, po co mój DNA Naturze. Gdzie jest oczątek a gdzie Koniec. Żar dogasającego ogniska we mnie, przyjemnie ciepło i nieprzyjemny chłód innych. Dziwne wiry Fortuny, tajemnica i klątwa mojego życia, nie widzę tej ręki, tego koła, przystani, zatoki. I jeszcze duma i zarozumialstwo, egoizm, pycha, chciwość, lenistwo. Leży w błocie poczucie godności, zdeptane, złamana wiara, takie małe czerwone łzy leżą na ziemi, takie westchnienie, taka mała modlitwa. Gorycz i cicha prośba o jutro, bez nadziei i bez wiary w spełnienie.

Może zawiść, ciągłe poczucie zagrożenia. Nie tylko samotność; samotność, to stary kumpel. Czemu zdobywać i zwyciężać jest się storturowanym, czemu deptać, poniżać, obnażać, obdzierać. Niepodległość i jej kompleks, możliwości i nieśmiałość.

Wrzesień, wrzosy, złote słońce, coś odchodzi, jakiś smutek, jakaś cisza, sen, mgły i babie lato, krople rosy, zimna woda. Takie małe cichutkie modlitwy i ta hardość, tępy upór. I to serce, czerwone, pulsujące, krwawe, dymiące na dłoni, wyrwane z trzewi
razem z żalem.

Tuchlin, 17.09.1989r.


*   *   *

Z resztkami złudzeń oddajesz swoje serce
Małą jałmużnę na pożarcie ciału,

Życie już chwyta cię za ręce

I już przestajesz żyć pomału.

Wodnistym wzrokiem, krwi już było mało
Lustro patrzyło na ciebie bezmyślnie

I znów się czoło pomarszczyło
Ciążeniem, które kark twój ciśnie

Noc znów zaśpiewa nam cichą kołysankę
Na całe gardło krzyknie czarną treścią
A może jutro ktoś przed gankiem

Znów będzie żegnał mnie z boleścią.


 


*   *   *

Życie przebiega między szponami dwu kategorii
Dobra i zła.

Ty mała kupka namiętności.
Chcesz w biegu chwycić swoje ja

Patrzą ci w serce bez emocji
Duszę zżerają ci bez nieba

I cieszy ich zryw ku wolności
I sznur napięty obok chleba.

Znajdź siebie w swoich ustach bracie.
Nie daj słabościom z siebie kpić.

Ucz oczy patrzeć przez szum wiatru

I dziur powszednich piękno szyć.


*   *   *

Kłamstwa cieniem oprawione życie,
Obłudy cieniem oprawiona prawda,

Ciało w namiętności bezbolesnym chwycie,
Duszę precz, a instynkty podsuwa do gardła.
Dalej przyjacielu pieniądza kulturą

Pław się w schematach XX wieku.

Ty pępek świata z napęczniałą skórą
Portfela zła boisz się człowieka.

Ty jesteś wielki homo sapiens recens,
Ty swoją stopą przycisnąłeś Ziemię,
Ty równy bogom, lecz byłoby lepiej,
Gdyby szczurze wydało cię plemię.

Kraków, 4.10.1984 r.


Kochać …


"Kochać, to znaczy patrzeć na siebie,
Jak się patrzy na obce nam rzeczy".
Kochać, to znaczy unieść się fali

Płynąć w amplitudzie jej wzlotów i upadków,
I spokój mieć w sobie; nie machać rękami,

I włosów siwych, ani zmarszczek nie robić,
I czekać do końca; a wtedy na brzegu
Położyć się cicho i popatrzeć w niebo,

I nie słuchać tego co szeptają fale,

I myśli odrzucić w jakieś gniazdo ptasie,
I oddać słońcu i ziemi swoje ciało,

I już nie nazywać nikogo oczami,

I już nic nie żądać, tylko lecieć tam,
Gdzie "Duch Boży unosił się nad wodami".

Kraków, 23.03.1985 r.

Poprawiony: czwartek, 12 kwietnia 2012 14:18
 
Bolesław Olbryś PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
poniedziałek, 19 lipca 2010 08:02

BOLESŁAW OLBRYŚ - ­OSTATNI LUTNIK KURPIOWSKI – Henryk Gadomski (fragmenty)

 

Urodził się 12 października 1907 roku we wsi Przeczniak, gm. Zbój­na w  woj. łomżyńskim w rodzinie cieśli-stolarza. Ojciec jego był maj­strem budowlanym i stolarzem. Stawiał budynki mieszkalne i inwentar­skie, a ponadto zimą robił wrzeciona, szafy, łóżka, stoły. Jako 7 letni chłopiec wraz z rodziną został w 1914 roku wysiedlony aż w okolice Wołkowyska na Białorusi. Tam też zmarł jego ojciec i siostra. Po zakoń­czeniu wojny powrócił wraz z matką i bratem i osiadł w Dębnikach koło Nowogrodu w rodzinnej wsi swojej matki Weroniki z Bartnickich. Tu pomagał matce w prowadzeniu gospodarstwa. Po ukończeniu 3 klas szko­ły podstawowej musiał przerwać naukę, gdyż trudne warunki materialne zmusiły go do wykonywania różnych prac zarobkowych. Z młodzień­czych lat pochodzą pierwsze próby stolarskiego rzemiosła. Miał nie tylko chęć, ale i autentyczny talent odziedziczony po ojcu. 15-letnim chłopcem zainteresował się Adam Chętnik. Zatrudnił młodego chłopca do różnych prac pomocniczych tworzącego się w pobliskim Nowogrodzie Muzeum Budownictwa Kurpiowskiego. Początki owej współpracy przypadają na rok 1922. Spotkanie Adama Chętnika wywarło znaczący wpływ na dal­szych losach młodego Olbrysia. Adam Chętnik był człowiekiem wszech­stronnie uzdolnionym, był nie tylko badaczem i pisarzem, ale także świet­nym rysownikiem, umiał grać na różnych instrumentach, nie obce mu było rzemiosło budowlane. Ojciec Adama Chętnika - Wincenty - był znanym i cenionym lutnikiem. Bolesław Olbryś często przebywał w war­sztacie lutniczym Chętników interesując się  procesem wytwarzania instrumentów. Wincenty Chętnik widząc talent manualny i muzyczny Olbrysia, nie tylko że nie krył przed nim tajemnic rzemiosła lutniczego, ale niejednokrotnie namawiał go, by w przyszłości został lutnikiem. Olbryś chętnie korzystał z cennych wskazówek i już w wieku lat 20 zbudował pierwsze ligawki, a nieco później skrzypce. Wyroby lutnicze w tamtych czasach nie mogły stanowić poważnego źródła utrzymania, tym bardziej, że nie były konkurencyjne dla wyspecjalizowanych dużych  warsztatów lutniczych. Źródłem utrzymania matki, brata i siebie były prace ciesielskie i stolarskie. Jako cieśla i stolarz, tak jak przed laty jego ojciec, budował chaty i leśniczówki, a zimą robił stoły, kółka do przędzenia, szafy, łóżka. W roku 1932 ożenił się z Kurpianką z pobliskiej wioski Wyk koło Gawrych. Helena Olbrysiowa zna niemal cały repertuar kurpiowskich pieśni. Obdarzona doskonałym słuchem i pięknym głosem wraz z mężem od początku stanowili parę w Regionalnym Kur­piowskim Zespole założonym jeszcze przed II wojną światową przez Adama Chętnika i niezmiennie do dziś działającym przy Muzeum Kur­piowskim w Nowogrodzie. Państwo Olbrysiowie z dużą ochotą i saty­sfakcją wspominają własne i Zespołu sukcesy Odniesione na różnorod­nych festiwalach i konkursach. […]

Aż do czasu przejścia na emeryturę Bolesław Olbryś pracował na stanowisku majstra ludowego w Muzeum Kurpiowskim w Nowogrodzie.

Do jego obowiązków należało między innymi:

  • kierowanie pracami budowlanymi w Muzeum zgodnie z zaleceniami architekta, technika budowlanego i służb konserwatorskich,
  • udział w Komisjach Zakupu budowli zabytkowych, ocena stanu ma­teriału drzewnego oraz ekspertyzy co do wymiany drewna zniszczonego na zdrowe,
  • kierowanie i współpraca przy różnych pracach ciesielskich, zduńsko-­murarskich, naprawa, flekowanie elementów budownictwa i poszcze­gólnych okazów ruchowych,
  • różne prace naprawcze zabytków i różne rekonstrukcje związane z tradycyjnym budownictwem, instrumentami muzycznymi oraz daw­nymi warsztatami pracy.

A jakim jest Olbryś obecnie? Ukończył 76 lat, ale wydaje się być o wiele młodszym. Mimo, że jest na emeryturze, nie rozstaje się z Mu­zeum Kurpiowskim w Nowogrodzie. Nie tylko nadal jest członkiem Kape­li Regionalnej przy Muzeum, ale służy radą doświadczonego fachowca w pracach konserwatorskich. Mieszka, jak dawniej, w swoim niewielkim domku w Dębnikach niedaleko Nowogrodu. Jest energiczny jak na swój wiek. Ma świetną pamięć. Potrafi zajmująco opowiadać o kulturze i sztuce ludowej.

Dom Olbrysiów, urządzony w tradycyjnym stylu kurpiowskim, jest małym muzeum dawnego sprzętu domowego i starych instrumentów ludowych. Pan Bolesław gra na własnoręcznie wykonanych dłubankach, a po chwili wyciąga jak relikwie rzadki już dziś instrument - harmonię ręczną, tzw. półtonówkę i gra trudne technicznie oberki, powolniaki i inne tańce kurpiowskie. Dodaje przy tym, że jest to instrument samego Adama Chętnika. Dom Olbrysiów jest często odwiedzany przez zorga­nizowanych i niezorganizowanych turystów, dziennikarzy, znawców sztuki ludowej. Cieszy to Olbrysiów, gdyż w ten sposób czują się mniej samotni. Z satysfakcją opowiadają o swych dorosłych synach, z których jeden (Stanisław) pracuje w fabryce włókienniczej w Łomży, a drugi (Jan) aż w dalekim Krakowie; córka (Zofia) jest nauczycielką Szkoły Podstawowej w Kuziach. Z rozmowy z Panem Bolesławem wyczuwa się jednak żal, że nie będzie miał komu przekazać swoich bogatych doświad­czeń lutniczych i urządzonego z niemałym wysiłkiem warsztatu w którym powstają nie tylko instrumenty, ale także różne przedmioty użytkowe .

W dniu, w którym odwiedziliśmy Olbrysiów, latem 1983 roku ­Pan Bolesław zajęty był podbieraniem miodu z własnej pasieki. Nie zajmuje się tym zarobkowo, tyle tylko, że wystarczyło miodu na po­trzeby własne i najbliższej rodziny. W zajęciu tym widzi sens głębszy. Pszczelarstwo (bartnictwo), to jedno z najstarszych tradycyjnych zajęć Kurpiów, jest niejako świadectwem tożsamości Olbrysia-Kurpia. Nie­zwykle interesująco opowiadał nam o tym i innych tradycyjnych a dziś mało znanych zajęciach Kurpiów.

Nie ukrywaliśmy, że interesował nas warsztat stolarski - pracownia Olbrysia - w której powstają różne wyroby z drewna, a przede wszyst­kim instrumenty muzyczne i niektóre akcesoria, jak struny, kalafonia. Wszystko co w tym warsztacie można spotkać, a zwłaszcza narzędzia do obróbki drewna z małą tokarką, zaprojektował i wykonał sam Olbryś.

Bolesław Olbryś zmarł 7 lutego 1993 r.

Poprawiony: poniedziałek, 19 lipca 2010 08:18
 
Stanisław Ceberek PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
wtorek, 13 lipca 2010 11:39

Autobiografia z:

Ceberek St., Chciołem wom łopoziedzieć, Ostrołęka 1993

Urodziłem się dnia 5 stycznia 1927 r. jako syn rolnika kurpiowskiego Bolesława i Marianny z Deptułów we wsi Dęby w gminie Łyse. Mój ojciec był sierotą, gdyż zarówno jego rodzice jak i rodzeństwo wymarli na gruźlicę. Ojciec od dziecięctwa żył i rósł dzięki dobrym ludziom, którzy dawali mu opiekę, mieszkanie i wyżywienie. Z tego powo­du pierwszy rok mego życia mieszkałem we wsi Dęby u mojego dziadka. Po wybudowaniu domu mieszkalnego na gospodarstwie mego ojca we wsi Wykrot, przenieśliśmy się i mieszkam tu do dziś. Potem urodziło się jeszcze dwóch braci - Heniek i Józef, których w roku 1945 rozerwał pocisk armatni.

W wieku 5-6 lat - jak każdy chłopiec na Kurpiach pomagałem paść krowy i owce. W wieku 7 lat poszedłem do szkoły podstawowej w Dębach. Najbardziej zapamiętałem pierwszy dzień pójścia do szkoły: po zapędzeniu bydła mama i babcia pomagały mi myć nogi, jako że krowy wtedy pasało się boso i do szkoły chodziło się również boso. Biorąc pod uwagę niezwykłą uroczystość, tego dnia nogi powinny być wymyte na wysoki połysk, a te moje biedne nożyny brudne, popękane i pokaleczone jak ta święta ziemia. Toteż cała nasza trójka, to znaczy: ja, mama i bab­cia myliśmy je z wielką pieczołowitością popiołem, pias­kiem, mydłem i czym tam jeszcze, aż z tych moich małych kulasików sączyła się krew. Wreszcie wysoka komisja uznała, że nogi są dostatecznie wymyte i mogę na nich pójść do szkoły. W szkole było mi bardzo dobrze, a nawet lepiej jak w domu. Polubiłem szkołę i mnie w szkole. Z te­go powodu nawet stałem się dość dobrym i zdyscyplino­wanym uczniem.

Raz, a to było 8 maja w moje imieniny, zgodnie z tra­dycją szkoły, solenizanta wiązało się jak barana, by w ten sposób wymusić z niego okup. Stasiów w naszej klasie było czterech i klasa postanowiła sobie zgotować z nas solidną zabawę. Wobec tego cała nasza czwórka uciekła w las, a czteroklasowa szkoła ruszyła za nami. Wróciliśmy za 4 godziny, ale tego dnia nauki w szkole nie było. Czekała na nas pani nauczycielka i każdy z nas dostał po 4 łapy. Nasza pani nauczycielka, Zofia Noskowa, miała na nieposłusznych taką drewnianą laskę, którą lała po rękach tak mocno jak uważała. Tego dnia łapy nas nie bolały. Byliśmy dumni, że nas nie złapano i nie daliśmy się związać.

Potem przyszła wojna w 1939 r. Każdy chłopiec czeka na wojnę jak na coś pięknego i ciekawego. Myśli, że zoba­czy wiele niezwykłych rzeczy i je przeżyje, a być może stanie się bohaterem i sławnym człowiekiem. W efekcie jednak doczeka się rozczarowania, łez, nędzy, chorób, kalectwa, śmierci własnej lub kogoś z bliskich czy zna­jomych. Przeżyłem to wszystko i ponadto przeżyłem klęskę i upadek mojej ojczyzny. Doczekałem się poniżenia ze strony zwycięzców-Niemców, a później Rosjan. Z wolnego, choć wolnego człowieka stałem się jeszcze biedniejszym, a ponadto już jako dziecko stałem się niewolnikiem, z którym mój najeźdźca mógł robić co zechciał.

Niedługo jako 13-letniego chłopca zabrano mnie na roboty przymusowe do Niemiec. Płakałem, tęskniłem, bola­łem nad moją niewolniczą dolą i upadkiem mojej ojczyzny. Ludzie! Czy wiecie, co to jest mieć własną ojczyznę!? Czy wiecie, co to za okropność tę ojczyznę stracić!?

Potem uciekłem z Niemiec. Wróciłem do domu. Zrobi­łem tym czynem chłopakom, tzn. moim braciom, wielką radość: - Stasiek uciekł z Niemiec! - Stasiek nie będzie Niemcom służył! - opowiadali wszystkim kolegom. - Teraz będziemy we trzech walczyli z Niemcami. Niestety musia­łem powrócić do Niemiec i przepracowałem tam prawie 4 lata. Potem nagle skończyła się wojna, tak samo nagle jak się zaczęła. Przeżyłem wielki dzień w moim życiu. Cudny dzień, w którym doczekałem się wolnej ojczyzny. Taki dzień nie sposób opisać. Taki dzień, taką radość można tytko przeżyć. Nawet nie zauważyliśmy jak skończyła się ­zima i zaczęła wiosna 1945r., a już trzeba było iść w pole orać, bronować, siać, naprawiać, budować. Roztrząsaliśmy obornik często gołymi rękami, bo nie zawsze dla wszystkich starczało wideł. Po wojnie został nam jeden ślepy koń. Orka ciężka, ziemia zapuszczona, jedzenie liche, a praca ponad ludzkie siły (czasem 24 godziny na dobę), ale ta radość, ta nadzieja, ta wiara we własne siły tworzyła istne cuda.

W domu nas było 3 chłopaków - ja byłem najstarszy.

Ojciec jeszcze młody i silny da robocie radę: - Stasiek niech idzie do szkoły. Poszedłem do Liceum Ogólnokształ­cącego w Ostrołęce. - Niech idzie - mówili rodzice i ludzie - będzie człowiekiem i nie będzie musiał pracować na roli jak zwierz. Niestety, uczyłem się niedługo. Przy­jechał po mnie tatuś i powiedział: - Chodź do domu, chłopaki nie żyją. Musisz rzucić szkołę. W domu ja z mamusią nie damy rady ... Wróciłem do domu. Znowu ora­liśmy, sialiśmy, żniwowaliśmy, zwoziliśmy kawałki cegieł z rozbitych przez bomby budynków i budowaliśmy nową oborę. Co uciułaliśmy, to przychodzili w nocy „ci nocni”, zabierali i jeszcze mówili: „Cicho, bo gębę ołowiem zalepiem”. W dzień przychodzili ci, co rządzili w dzień. Też zabierali i jeszcze krzyczeli: „Oddaj, ty kułaku, ty ciemiężco!” - tak nazywano rolników, którzy mieli więcej jak 10 ha.

[…]

W 1949r. powołali mnie do odbycia zasadniczej służby wojskowej, ale z tego powodu, że nie byłem politycznie pewny jako syn kułaka, przeznaczono mnie do odbycia służby wojskowej w kopalni węgla.

Skończywszy lat 27 ożeniłem się z Zosią Kulas, panną z mojej wsi Wykrot. [..] Urodziło się nam z Zosią 4 synów. Jeden zmarł zaraz po urodzeniu, a trzech żyje. Stasiek – najstarszy ­pracuje w GS-ie, Czesiek przejął po mnie gospodarstwo, a Stefan jest księdzem. Dla mnie chłopaki dobre. Ludzie mówią różnie, a co na to Pan Bóg - nie wiem.

W latach sześćdziesiątych postanowiłem skończyć LO i uczyłem się w Ełku, ale nie dane mi było skończyć, ponieważ przed egzaminem w klasie X zmarł mi ojciec, a raczej zabił go koń i naukę musiałem przerwać.

Byłem działaczem ZMW i chyba jestem, bo całe życie pracuję z młodzieżą. Byłem przewodniczącym rady narodo­wej, radnym powiatowym, wojewódzkim, posłem na Sejm (aż mnie wyrzucili), działaczem solidarnościowym (i tera się tego wstydzę, że jako stary polityk dałem się nabrać). Jestem działaczem PSL, działaczem spółdzielczym, działa­czem kółek rolniczych, działaczem kulturalnym, a całe życie chłopem - rolnikiem. Od 45 lat prowadzę folklorystyczny zespół pieśni i tańca „Kurpie Leśne” z Wykrotu. Wręczałem chleb Papieżowi Janowi Pawłowi II w czasie Jego pobytu w Łomży 4 czerwca 1991r., piłem wódkę z królem Belgów - Bernardem, spotykałem się i spotykam z wielkimi i ciekawymi ludźmi. Pracy społecz­nej poświęcam swój czas wolny, zaniedbując jednocześnie obowiązki rodzinne i domowe. Według mnie efekty tej pracy mam raczej mierne. Widać nie za bardzo się do tego nadaję.

Nie było mi nigdy i nie jest lekko, a raczej ciężko. I ze mną, żyć - mam wrażenie - nie jest też lekko. Życie moje poświęciłem po to, by ten świat co nieco upiększyć, ulepszyć, poprawić, ale ciągle coś mi to nie wychodzi. Dziękuję jednak Bogu za takie życie jakie mi dał. Na żadne inne bym go nie chciał odmienić. Obym tylko tym życiem zarówno Bogu jak i ludziom zadość uczynił.

Wykrot, dnia 31 listopada 1992 roku.

 

Stanisław Ceberek zmarł 5 marca 2009 r. w wieku 82 lat.

 

Z Wikipedii:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Stanisław_Ceberek

Stanisław Ceberek (ur. 5 stycznia 1927 w Dębach, zm. 5 marca 2009) – polski polityk, działacz kurpiowski, poseł na Sejm PRL IV i V kadencji, senator III kadencji.

W okresie II wojny światowej przebywał na robotach przymusowych w Prusach Wschodnich.

Zaangażowany w popularyzację kultury kurpiowskiej. Był kierownikiem zespołu "Kurpie Leśne". Występował w licznych konkursach gawędziarskich. Pełnił wielokrotnie funkcję starosty bartnego na "Miodobraniu Kurpiowskim" w Myszyńcu. Należał do założycieli Towarzystwa Rozwoju Ziemi Kurpiowskiej, którym kierował przez dwie kadencji. Autor prac, takich jak: „Chciołem wom to łopoziedzieć” – słówka i gadki kurpiowskie, „To jest zdrada stanu”, „Dzieje Ziemi Kurpiowskiej i ludu kurpiowskiego” i innych.

W okresie 1965–1972 przez dwie kadencje był posłem na Sejm PRL z ramienia Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. W latach 1993–1997 sprawował mandat senatora III kadencji wybranego z listy Polskiego Stronnictwa Ludowego w województwie ostrołęckim. Zasiadał w Komisji Spraw Emigracji i Polaków za Granicą oraz w Komisji Gospodarki Narodowej. Bez powodzenia kandydował jako niezależny w kolejnych wyborach w 1997 i 2001. W 2005 zarejestrował swój komitet wyborczy w wyborach prezydenckich, nie zdołał jednak uzbierać wymaganej liczby podpisów.

Odznaczony m.in. Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Poprawiony: piątek, 16 lipca 2010 14:09
 
Adam Chętnik PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
piątek, 18 czerwca 2010 08:25

(ur. 20 grudnia 1885 w Nowogrodzie, zm. 29 maja 1967 w Warszawie) – etnograf, muzealnik, działacz społeczny i polityczny.

Miłośnik i badacz kultury kurpiowskiej, autor książek poświęconych Kurpiom Puszczy Zielonej, założyciel Skansenu Kurpiowskiego.

Jego dorobek naukowy liczy ponad 100 prac. Był posłem na Sejm I kadencji w II RP, należał do Polskiej Akademii Umiejętności.

Tworzył również poezję, był muzykiem amatorem grającym na wielu instrumentach, twórcą i reżyserem zespołu pieśni i tańca oraz lutnikiem.

 

Młodość

Ojciec Adama – Wincenty Chętnik pochodził ze wsi Mątwica, którą opuścił po upadku powstania styczniowego. Zamieszkał w Nowogrodzie, gdzie trudnił się rzemiosłem, był cieślą, stolarzem, murarzem, blacharzem a jednocześnie lutnikiem i muzykantem. Miał co prawda trzymorgowe gospodarstwo, ale praca ciesielska zajmowała go tak bardzo, że szybko pozbył się posiadanej ziemi. Trzykrotnie wyjeżdżał do Anglii (w latach 1892–1895), gdzie w Londynie pracował w fabryce stylowych mebli. Za zarobione pieniądze zorganizował cegielnię, dającą zatrudnienie mieszkańcom Nowogrodu. Ojciec Adama był człowiekiem „bywałym w świecie”, umiał czytać i pisać po polsku, znał też rosyjski i angielski. Prenumerował polskie czasopisma: „Gazetę Świąteczną”, „Zorzę” i „Polaka”. Krzewił wśród mieszkańców Nowogrodu idee narodowo-wyzwoleńcze i społecznikowskie, będąc współorganizatorem Ochotniczej Straży Pożarnej i ruchu spółdzielczego.

W działalność społeczną włączył się też Adam, prowadząc tajne nauczanie w pobliskich wioskach. W 1903 za namową i przy pomocy ojca założył pierwszą w Nowogrodzie bibliotekę publiczną. Zaangażował się w opór wobec rusyfikacji, polegający na bojkocie szkół z rosyjskim językiem wykładowym. We wspomnieniach napisał też o dywersji: pomieszczenia rosyjskiej szkoły w Nowogrodzie skażono trudno usuwalną cuchnącą substancją, przez co szkołę zamknięto. Kilku uczestników podał z imienia: Adam to był prawdopodobnie Chętnik[1]. Patriotyczno-oświatowa działalność Chętników spowodowała represje władz rosyjskich: kilkakrotnie przetrzymywano ich w areszcie w Łomży.

Do obowiązków Adama należała opieka nad młodszym rodzeństwem i pomoc ojcu w jego pracy, dzięki której poznał w praktyce wiele rzemiosł. Założył z rówieśnikami zespół muzyczno-teatralnych, który grał na instrumentach wykonanych przez niego wraz z ojcem. Zespół dawał przedstawienia z okazji świąt religijnych. Adam Chętnik bywał też grajkiem weselnym. Swoje spostrzeżenia, obserwacje i zasłyszane opowiadania zapisywał w prowadzonym od młodych lat dzienniku, wielokrotnie nawiązywał do tych doświadczeń w późniejszych publikacjach.

Początkowa szkoła w Nowogrodzie zapewniła Chętnikowi bardzo wąską edukację. Dzięki samokształceniu i prowadzeniu nauczania domowego poznawał też geografię oraz historię i literaturę polską. Do najbliższego gimnazjum w Łomży Adam Chętnik chodził trzy razy w tygodniu pieszo, rzadko korzystając ze stancji. Na utrzymanie zarabiał w łomżyńskiej mleczarni oraz pomagając ojcu na budowach. Program czteroletniego gimnazjum przerobił w półtora roku.

Studia

W 1908 wyjechał do Warszawy, gdzie w 1909 ukończył kurs pedagogiczny uprawniający do pracy w szkolnictwie prywatnym. W 1911 wyjechał do Petersburga, gdzie przez kilka miesięcy uzupełniał dodatkowe przedmioty i doskonalił język rosyjski. Egzamin nauczycielski dający uprawnienia do pracy w szkolnictwie publicznym zdał celująco. W Warszawie kontynuował naukę na Wyższe Kursy Naukowe prowadzone przez Towarzystwo Kursów Naukowych, które miało charakter polskiej szkoły wyższej. We wspomnieniach napisał: Nie miałem zamiaru trawić moich dni jako belfer. W skrytości pragnąłem zostać etnografem.

Podczas nauki nawiązał kontakty z publicystami i działaczami znanymi mu wcześniej jedynie z kolportowanych przez niego polskich pism.

Główny opiekun Kursów Aleksander Zawadzki widział w Chętniku działacza politycznego: przez pewien czas współpracował przy wydawaniu tajnej Polski i kolportażu bibuły na prowincję. Najbardziej znacząca była jednak dla niego znajomość z redaktorem naczelnym Zorzy Mieczysławem Brzezińskim, który wykładał przyrodę martwą na kursie pedagogicznym. Pod jego wpływem młody Chętnik wycofał się z polityki, a zaangażował się w ruch ludowy i działalność dziennikarsko-publicystyczną. Otrzymał też od niego wsparcie w postaci znalezienia mieszkania w bursie i zatrudnienia w administracji pisma, co umożliwiło samodzielne utrzymanie przy braku wsparcia od rodziny. Po śmierci Brzezińskiego w 1911 wdowa po nim – Rozalia Brzezińska, pisarka ludowa - wynajęła pokój Chętnikowi oraz udostępniła pracownie i bibliotekę swojego męża. Adam Chętnik nazywał Brzezińskiego swoim ukochanym mentorem, a po jego śmierci symbolicznie odwdzięczył się za opiekę pisząc o jego działalności w czasopismach: w Drużynie (1913) i Oświacie Polskiej (1930), a w 1930 wydał obszerną publikację Mieczysław Brzeziński. Jego życie i praca.

Na Kursach Adam Chętnik poznał swoją pierwszą żonę Zofię Klukowską, którą poślubił w Warszawie w 1914.

Działalność społeczno-polityczna

"Drużyna" i ruch junacki

Od 1912 wydawał pismo Drużyna przeznaczone dla młodzieży wiejskiej. Czasopismu towarzyszyły osobne broszury naukowe oraz podręczniki przeznaczone dla działaczy ludowych i junackich pod wspólną nazwą "Biblioteka Drużyny". Czasopismo ukazywało się z przerwami przez 12 lat. Adam Chętnik należał do władz ruchu junackiego jako członek Rady Przybocznej.

Krajoznawstwo

Obok działalności dziennikarskiej i organizacyjnej Chętnik działał również na polu turystyczno-krajoznawczym. Na kursach pedagogicznych poznał Kazimierza Kulwiecia, redaktora "Ziemi", współzałożyciela i prezesa Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. W "Ziemi" publikował w 1911 etnograficzno-krajoznawcze sprawozdania. Jego działalność w PTK obejmowała organizowanie młodzieżowych kół krajoznawczych, muzealnictwo regionalne i publicystykę krajoznawczą. Założył w Nowogrodzie w 1917 koło krajoznawcze, którego prezesem pozostał aż do 1934, organizował wycieczki dla młodzieży kurpiowskiej. Jego nieodłącznym wyposażeniem już wówczas był notatnik: zapiski i rysunki z wycieczek wykorzystywał w swoich późniejszych publikacjach. Był zapalonym zbieraczem: swoje zbiory zgromadzone z myślą o utworzeniu muzeum kurpiowskiego przekazał utworzonym przez Towarzystwo muzeom regionalnym w Ostrołęce i Łomży. Adam Chętnik publikował wiele artykułów oraz osobnych tekstów zawierających opisy różnych regionów i ich zabytków, miejscowości, osobliwości przyrodniczych. Ukazywały się na łamach "Ziemi", "Drużyny" a później w "Gościu Puszczańskim" i Bibliotece Nadnarwiańskiej.

"Chata Kurpiowska"

Pierwsza książka Chętnika Puszcza kurpiowska ukazała się w 1913. Jego druga książka Chata kurpiowska (1915) nawiązywała do rozprawy Jana Karłowicza pt. "Chata polska. Studium lingwistyczno-archeologiczne", zawierającej apel o gromadzenie szczegółowych opisów budownictwa ludowego różnych regionów. Była to druga obszerna monografia o budownictwie ludowym, po "Budownicwtie ludowym na Podhalu" Władysława Matlakowskiego. Jako praca poprawna metodycznie, oparta o doskonałą znajomość terenu i tematu (Adam Chętnik zadedykował ją ojcu, "kurpiowskiemu cieśli zawołanemu") została doceniona przez środowisko naukowe. Adam Chętnik otrzymał za nią nagrodę im. Mianowskiego od Instytutu Popierania Nauki. Całość nagrody i honorarium przeznaczył na zakup ziemi nad Narwią, gdzie w przyszłości Chętnikowie zamierzali się osiedlić.

"Chata kurpiowska" i późniejsze opracowania ukazywały się z samodzielnie wykonanymi przez autora rysunkami i fotografiami. Swoje umiejętności ilustratorskie doskonalił w szkole rysunku im. Wojciecha Gersona oraz na kursach organizowanych przez Towarzystwo Miłośników Fotografii.

Związek Puszczański

W latach 1919–1922 ukazywało się redagowane przez Chętnika pismo "Gość Puszczański". Jesienią 1919 Adam Chętnik został prezesem nowo powstałego Związku Puszczańskiego, a pismo stało się organem Związku. Związek zajmował się sprawami Kurpiów i ich sąsiadów – Mazurów pruskich, z uwzględnieniem interesów ogólnopolskich. W deklaracjach programowych Związku podkreślał, iż ma on charakter społeczno-gospodarczy i kulturalny oraz apolityczny.

Na rzecz Mazur

Po ogłoszeniu w 1919 plebiscytu na Warmii i Mazurach Adam Chętnik zgłosił się do Głównego Komitetu Mazurskiego w Warszawie, gdzie uzyskał zgodę na utworzenie lokalnego komitetu w Nowogrodzie z prawem do wydawania własnego pisma i materiałów propagandowych. W agitacji na rzecz przyłączenia Mazur do Polski powoływał się na wspólnotę językowo-obyczajową Warmiaków i Mazurów pruskich z Kurpiami, czyli podobieństwo gwar i zwyczajów. Do agitacji plebiscytowej oraz propagowania idei pracy organicznej w duchu patriotyzmu powołał pismo kurpiowsko-mazurskie "Gość Pograniczny" (od 1920 do 1923, z przerwami), którego redakcja mieściła się razem z "Gościem Puszczańskim" w jego domu. Udało mu się zorganizować kolportaż nie tylko na terenach przygranicznych, ale również na dalsze tereny aż do Suwalszczyzny. Powoływał oddziały i koła Związku Puszczańskiego ukierunkowując je do działań plebiscytowych, starał się też do nich wciągnąć organizacje młodzieżowe i harcerstwo, członków Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, nauczycieli, Ochotniczą Staż Pożarną itp.

Niekorzystny dla Polski wynik plebiscytu w 1920 nie zraził go do działań na rzecz "braci Mazurów" w celu przeciwdziałania germanizacji i podtrzymywania świadomości narodowej. Rozpoczął wydawanie serii "Biblioteczka Pogranicza Prus Wschodnich". Jako pierwsza ukazała się broszura poświęcona Stachowi Konwie. Dzięki jego staraniom postawiono jego pomnik w lesie pod Jednaczewem. Na uroczystości odsłonięcia pomnika 25 czerwca 2005 zjawiło się kilku Mazurów z pogranicza, przez co po części oficjalnej urządzono wiec w sprawie mazurskiej.

W okresie międzywojennym, kiedy granica polsko-pruska stała się trudniejsza do przekraczania, działalność mazurska Chętnika sprowadziła się do publikacji artykułów i opracowań historyczo-etnograficznych, z których najbardziej znacząca była książka Mazurskim Szlakiem. Opisy, obrazki, opowieści, gadki z Pogranicza Prus Wschodnich z ilustracjami i mapkami (1939).

Działalność i publikacje związane z Mazurami były główną przyczyną wpisania Chętnika na "czarną listę" władz okupacyjnych podczas II wojny światowej.

Poseł na Sejm

W pierwszych latach w niepodległej Polsce był posłem na Sejm I kadencji (1922–1927) z ramienia Związku Ludowo-Narodowego. Jako poseł z ziemi łomżyńskiejNarwi, kwestiami gospodarczymi i oświatowymi, bronił interesów regionu przez składanie wniosków i interpelacji poselskich. W 1923 został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Polonia Restituta i Złotym Krzyżem Zasługi. Po upływie kadencji Sejmu wycofał się z działalności politycznej i poświęcił się pracy naukowej. zasiadał w komisjach zajmujących się sprawami regionu: gospodarką leśną, regulacją

Praca naukowa i muzealnictwo

Muzeum Kurpiowskie

Według wspomnień Adama Chętnika, już w 1909 rozpoczął on gromadzenie zbiorów z myślą o utworzeniu muzeum kurpiowskiego. Część tych zbiorów przekazana muzeom w Ostrołęce i Łomży zaginęła podczas I wojny. W 1927 własnym staraniem wraz z żoną Zofią na zakupionej w 1919 ziemi otworzyli Muzeum Kurpiowskie w Nowogrodzie. Przy budowie i utrzymaniu muzeum działali też wolontariusze z Nowogrodu i okolicznych miejscowości. Było to drugie muzeum na wolnym powietrzu w Polsce. Przy muzeum w 1933 została utworzona przez Towarzystwo Naukowe Płockie Stacja Naukowa Dorzecza Środkowej Narwi. Adam Chętnik był jej kierownikiem aż do wybuchu wojny w 1939.

Podczas drugiej wojny światowej muzeum zostało zniszczone. Adam Chętnik podjął starania odbudowy muzeum po wojnie, a nasilił je po przejściu na emeryturę. W 1963 otwarto dział bartniczy, później także rolniczy.

Pod niemiecko-hitlerowskim obuchem

W związku z działalnością polityczną prowadzoną przed wojną, Adam Chętnik musiał opuścić Nowogród i ukrywać się przed okupantem w Warszawie pod przybranym nazwiskiem Antoniego Chojnowskiego[2].

Doktoryzował się na tajnym uniwersytecie z tematu Pożywienie Kurpiów, jadło i napoje zwykłe, obrzędowe i głodowe. Swoje spostrzeżenia dotyczące życia codziennego, obyczajów, folkloru, okupacyjnego humoru, charakterystycznych zachowań i postaw, a także doświadczeń terroru i postawy wobec losu Żydów opisał w maszynopisie pt. "Pod niemiecko-hitlerowskim obuchem"[2].

Po II wojnie światowej

Wznowił działalność Stacji Naukowo-Badawczej Narwi Środkowej, która zyskała wsparcie od Akademii Umiejętności. Przeniósł siedzibę stacji z Nowogrodu do Łomży. Organizował Muzeum Regionalne w Łomży, otwarte w 1948. W latach 1951–1958 pracował w Muzeum Ziemi w Warszawie na stanowisku kustosza działu bursztynu. Przeszedł na emeryturę w 1958 i przeniósł się na stałe do Nowogrodu, gdzie wznowił starania nad odbudową skansenu. Muzea wciąż korzystały z jego usług jako rzeczoznawcy do spraw Kurpiowszczyzny. W 1966 odznaczono go Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za zasługi dla muzealnictwa regionalnego.

... Pamięć ...

Adam Chętnik został pochowany na cmentarzu w Nowogrodzie, na jego grobie postawiono głaz i duży pień bartny. Jego imię nosi założony przez niego Skansen Kurpiowski oraz:

  • Szkoła Podstawowa w Nowogrodzie (od 1987)
  • Publiczna Szkoła Podstawowa w Jednorożcu (od 28 maja 1988)
  • Zespół Szkół Zawodowych nr 4 w Ostrołęce
  • Ostrołęckie Towarzystwo Naukowe (założone w 1986)
  • Hufiec Nadnarwiański ZHP w Łomży (od 11 grudnia 2007)

(Wikipedia)

Poprawiony: wtorek, 27 lipca 2010 12:04
 
Władysław Skierkowski PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
piątek, 18 czerwca 2010 08:22

WŁADYSŁAW  SKIERKOWSKI - Henryk Gadomski

 

Poza niewielkim gronem etnografów, czy osób zajmujących się upo­wszechnianiem muzyki, dziś mało kto wie kim był człowiek, któremu sam Karol Szymanowski złożył hołd w następujących słowach:

„Niech mi wolno będzie na tern miejscu wyrazić Czcigodnemu Auto­rowi słowa, nie tylko już najgłębszego uznania dla Jego tak pięknej i wartościowej pracy, lecz także szczerej wdzięczności za udostęp­nienie nam - muzykom polskim - tego, tak mało dotychczas zna­nego, a tak niezmiernie bogatego źródła najpiękniejszej być może polskiej ludowej pieśni”.

Można było żywić nadzieję, że przy okazji rocznicowych obchodów Roku Szymanowskiego społeczeństwo polskie, a zwłaszcza kurpiowskie, dowie się czegoś więcej o Władysławie Skierkowskim. Licznymi kon­certami muzyki Szymanowskiego godnie uczczono tę okrągłą rocznicę. Były nawet koncerty poświęcone tylko pieśniom kurpiowskim Karola Szymanowskiego z udziałem najwybitniejszych polskich solistów i chó­rów. Z prelekcji przy tej okazji można było dowiedzieć się, że autorem cennego zbioru autentycznych pieśni Puszczy Zielonej, z którego czer­pał Karol Szymanowski, był właśnie Władysław Skierkowski. I nic poza tym więcej.

Dostępne były Szymanowskiemu zbiory Oskara Kolberga, wśród których znajduje się ok. 70 pieśni podanych jako kurpiowskie. Dlaczego z nich nie skorzystał,  a zainteresował się zbiorami Skierkowskiego, wy­korzystując z nich aż 18 pieśni kurpiowskich (w tym 6 na chór miesza­ny a cappella i 12 na głos solowy z fortepianem)? Czy znał osobiście Władysława Skierkowskiego, czy na żywo słyszał kiedykolwiek auten­tyczne pieśni kurpiowskie w wykonaniu samych Kurpiów? To tylko niektóre z pytań, na które odpowiedzieć powinni zwłaszcza ci, którzy zajmują się upowszechnianiem kultury.

Karol Szymanowski zrobił dobry początek, jeśli chodzi o zaintere­sowanie kompozytorów kurpiowską muzyką ludową. Zamieszczona w niniejszej publikacji lista kompozytorów polskich czerpiących z folkloru kurpiowskiego, aczkolwiek niepełna, wymownie świadczy o znaczeniu ogromnego, bo liczącego ponad 2000 pieśni, zbioru Władysława Skier­kowskiego. To za sprawą takich kompozytorów, jak: Karol Szymanowski, Witold Lutosławski, Tadeusz Baird, Tadeusz Paciorkiewicz i wielu innych, kurpiowska muzyka ludowa stała się własnością ogólnonarodową.

W ciągu 26 lat, bo przez tyle lat powstawał jego potężny zbiór, wielokrotnie przemierzał wzdłuż i wszerz Puszczę Zieloną, by zapisać nie tylko teksty, ale i melodie. Dziś wydaje się to nieprawdopodobne, by mógł tego dokonać jeden człowiek, którego zbieranie pieśni nie było pracą zawodową; sprawował on bowiem funkcje duszpasterskie kolejno w parafiach Myszyniec, Krasnosielc, Różan w woj. ostrołęckim i Imielnicy woj. płockie. Nie posługiwał się fonogramem, a wystarczała mu dobra pamięć, ołówek i papier z pięciolinią.

Co było tym magnesem, który ściągał Skierkowskiego z odległej Imielnicy k/Płocka niemal każdego roku w miesiącach letnich, by swój wolny czas tak pracowicie spędzić? Gdzie w tym czasie mieszkał, czym podróżował? Te pytania wprost fascynują, gdy przyjrzeć się uważnie choćby fragmentom kalendarza jego pracy. Jeśli zaufać informacjom sa­mego Skierkowskiego dotyczącym daty i miejsca zapisu pieśni, to zdu­miewa wprost fakt, że czasami pokonywał dziennie około 40 km leśnych, błotnistych czy piaszczystych dróg.

Jakim był jako człowiek i jakim go pamiętają ci, od których uczył się pieśni, by je następnie zapisać. Zbiór powstawał przez 26 lat, aż do roku 1939. Ci, którzy wtedy mu śpiewali, mając ok. 20 lat dziś może jeszcze żyją lub żywa jest o nich pamięć. Dlatego też zamieszczamy imienny wykaz nazwisk i wiek wykonawców, z którymi Skierkowski kontaktował się wielokrotnie oraz miejscowości. Może to ułatwić poszu­kiwanie śladu pozostawionego przez Skierkowskiego na gościnnej ziemi kurpiowskiej. Może znajdzie się ktoś inny, kto pójdzie tym śladem i po­szerzy zasób wiedzy o Skierkowskim, a w ten sposób choć częściowo spła­ci zaciągnięty dług wdzięczności.

 

ORGANISTA CZY KSIĄDZ?

Władysław Skierkowski przyszedł na świat w rodzinie chłopskiej we wsi Głużek k/Mławy, woj. ciechanowskie, 12 marca 1886 roku. Spośród rodzeństwa (Anna, Antoni, Jan Franciszek), wyróżniał się szczególnym zainteresowaniem muzyką, a zwłaszcza grą muzykantów wiejskich. Po ukończeniu miejscowej szkoły ludowej uczył się muzyki u organisty Kwaśniewskiego w Mławie, a następnie w Płocku pod kierunkiem zna­nego muzyka, ks. Eugeniusza Gruberskiego. Tak więc przyszłość zost3.ła wyraźnie określona - Władysław będzie organistą.

Jednakże już w tym czasie, prawdopodobnie nie bez wpływu sióstr zakonnych, u których był na stancji w czasie nauki w Płocku, w duszy młodzieńca zrodziła się myśl zostania kapłanem. Brak świadectwa gim­nazjalnego, a także środków na dalsze utrzymanie i kształcenie, stanęły na przeszkodzie do zrealizowania nowych planów. Podjął więc pracę za­wodową jako organista w kościele seminaryjnym w Płocku. W wolnym czasie przygotowywał się do egzaminu z 4 klas gimnazjum. Po dwóch tą.tach wytrwałej pracy złożył pomyślnie egzamin i został przyjęty do Seminarium Duchownego w Płocku. Uporem w przezwyciężaniu prze­szkód i wytrwałością w postępowaniu imponował swoim kolegom. Lu­biany był także przez przełożonych za głęboką wrażliwość i uczucio­wość - mówiono o nim powszechnie - dusza artystyczna. Jak wspo­mina młodszy kolega Skierkowskiego ks. Wacław Jezusek, późniejszy rektor Seminarium Duchownego w Płocku,

„ ... nie rozstawał się ze swoimi upodobaniami muzycznymi, nie zer­wał z muzyką, nie zagrzebał talentu, lecz w miarę zbliżania się do kapłaństwa marzył zawsze, by mógł posłyszeć rozśpiewanych lub rozegranych (na fujarce) pastuszków, oglądać lud wiejski, w jego dawnej kraśnej szacie, słuchać szumu borów, lasów ... „

23 czerwca 1912 roku, wraz ze swymi ośmioma kolegami, przyjął święcenia kapłańskie. W Zakładzie Anioła Stróża, który pomagał Skier­kowskiemu, w kształceniu i utrzymaniu, odprawił pierwszą mszę prymi­cyjną, Stąd otrzymał także 3-miesięczny urlop na wzmocnienie zdrowia nadwerężonego pracą i studiami.

30 września 1912 roku objął pierwszą pracę duszpasterską na stano­wisku wikariusza, niedaleko od rodzinnych stron, tj. w Dzierzgowie (ob. woj. ciechanowskie).

 

URZEKŁA GO PUSZCZA

Niespełna rok pracował w Dzierzgowie, gdyż już 31 lipca 1913 roku udał się na wikariat do Myszyńca - centrum Kurpiowskiej Puszczy Zielonej - od nazwy miejscowości zwanej także Myszyniecką. Dziś trudno powiedzieć, czy decyzja zwierzchnich władz kościelnych o prze­niesieniu Skierkowskiego z Dzierzgowa do Myszyńca była spełnieniem życzeń młodego księdza, czy też wynikała z innych potrzeb.

Jechał ksiądz Skierkowski szerokim, piaszczystym traktem od Cho­rzel do Myszyńca (ok. 30 km) oglądając liczne wydmy piaszczyste, bagna i ciemne lasy. Ta bezludna okolica zrobiła na nim bardzo niemiłe wra­żenie. Z niepokojem oczekiwał na pierwszy kontakt z ludźmi żyjącymi w tej krainie. Po latach sam tak wspomina owe spotkanie z Kurpiami, a właściwie z pieśnią kurpiowską:

„Radość moja granic nie miała, kiedy usłyszałem smutną, jak tylko może być smutna ta Puszcza Kurpiowska i rozciągłą jak ciemne bory i lasy, a tak miłą i swojską i tak dziwnie ujmującą za serce melodię pieśni „Leć głosie po rosie ...” (,.,) Kurpik się oddalał, głos kurpiane­czek cichł coraz bardziej i bardziej, aż wreszcie znikł w ciemniach lasu, a ja wsłuchany chwytałem dźwięki oddalającej się melodii i pomyślałem sobie: Mój Boże! jakżeż Ci wdzięczny jestem, żeś mi przeznaczył placówkę w tak ciekawej okolicy".

 

W Myszyńcu, w chwilach wolnych od zajęć duszpasterskich, zaczął spisywać melodie, coraz bardziej zachęcając się do tej pracy. Dopóki nie zdobył całkowitego zaufania parafian, szło mu to z trudem. Lepszemu poznaniu i wzajemnemu zaufaniu sprzyjały trudne chwile, jakie przy­szło spędzić wikariuszowi razem z parafianami w czasie działań wojen­nych w 1914 roku. Uchodząc wraz z miejscową ludnością przed poci­skami, musiał ukrywać się w lasach, w najbardziej zapadłych wioskach.

„Tam niosłem ludności puszczańskiej pociechę i pomoc, tam stło­czeni po ciemnych chatach, przebywaliśmy całymi dniami i tygod­niami, tam dzieliliśmy się nieraz ostatnim kawałkiem chleba. Wtedy niejeden stary Kurp brał chętnie na moją prośbę, swoje stare skrzy­peczki, nawet gdy nad wioską przelatywały pociski i wygrywał da­wne melodie, smutne i wesołe, które skwapliwie zapisywałem (. .. )

Postanowiłem te perełki Puszczaków pozbierać i choćby tylko dla siebie na pamiątkę zostawić".

Owo postanowienie wtedy powzięte stało się jego drugim życiem.

I choć nie dane mu było na stałe dłużej przebywać w sercu Puszczy, to nigdy nie utracił z nią kontaktu i to kontaktu niezmiernie owocne­go, ale o tym nieco dalej.

 

IMIELNICA, PŁOCK, PUSZCZA KURPIOWSKA

 

Po dwóch latach pracy duszpasterskiej na stanowisku wikariusza w parafii Myszyniec przeszedł na wikariat do Krasnosielca (13 paździer­nika 1915 r.), a stąd po dwóch latach (1 sierpnia. 1917 r. do Różana. Wprawdzie Krasnosielc i Rożan leżą w niedalekiej odległości od Pusz­czy, to jednak, biorąc pod uwagę ówczesne środki komunikacji (pieszo lub końmi), każdy wyjazd w celu zbierania pieśni z okolic Myszyńca, Czarni, Łysych, mógł być organizowany tylko w okresie dłuższego urlo­pu. Z tego okresu pochodzi kilkadziesiąt zapisanych pieśni. Częste zmia­ny miejsca pracy i stosunkowo krótki pobyt na parafiach nie sprzyjały pracy naukowo - badawczej, ani też społecznej, jaką rozwinął w okresie późniejszym.

9 grudnia 1920 roku otrzymał samodzielną placówkę - został pro­boszczem w Ciachcinie, a od maja 1925 roku w Imielnicy. Zaraz po przybyciu do parafii Imielnica stanął wobec trudnego zadania - bu­dowy nowego kościoła parafialnego, gdyż dawny drewniany nie nada­wał się do remontu. Powątpiewano, czy artysta okaże się tak praktycz­nym i kościół zbuduje. Delikatny, subtelny w obejściu umiał dla budo­wy kościoła wszystkich zjednać. Budowa trwała od 1927 do 1935 roku. Obecny na wyświęceniu kościoła arcybiskup Nowowiejski wyraził uzna­nie dla ks. proboszcza Skierkowskiego i mianował go kanonikiem kolegiaty pułtuskiej.

W tych trudnych latach budowy nie przerwał rozpoczętej w 1913 roku pracy nad zbieraniem i zapisywaniem pieśni kurpiowskich. Pod­czas corocznych wakacji wyjeżdżał stąd do Puszczy Kurpiowskiej. Od­świeżył dawne znajomości w parafiach Myszyniec, Łyse, Baranowo, Czarnia, Kadzidło i nawiązał nowe. Posługując się tylko ołówkiem i pa­pierem nutowym, przy pomocy doskonałego słuchu i pamięci muzycz­nej, notował dziennie od kilku do kilkunastu pieśni wielozwrotkowych. Zapisywał także zwyczaje, obyczaje, przysłowia, słowem wszystko, co związane było z szeroko pojętą kulturą ludową. Zbierał w różnych warunkach. Wówczas, kiedy był wikariuszem w Myszyńcu, zapisywał pie­śni w czasie kolędy, inne w dni świąteczne i niedzielne, kiedy miesz­kańcy mieli najwięcej czasu. W pierwszych latach zbierania opierał się głównie na przekazach pochodzących od młodych dziewcząt. W póź­niejszym okresie zaczął zdawać sobie sprawę, że najciekawszy etnogra­ficznie materiał, bo sięgający dawniejszych lat, spotka u starszych śpie­waków. Pracę na wielką skalę rozpoczął dopiero w 1928 roku prawdo­podobnie zachęcony wydaniem w tym roku pierwszej części swojej „Puszczy Kurpiowskiej w pieśni”. Od tej pory jego wyjazdy miały charakter zorganizowanej, zaplanowanej pracy. Co roku, aż do wybuchu wojny w 1939 roku, zwykle w miesiącach letnich, przyjeżdżał na Puszczę, by zbierać owe „perełki” - pieśni kurpiowskie.

Dziś żyją jeszcze osoby, które były informatorami Skierkowskiego. Ci zwłaszcza, których odwiedzał wielokrotnie, pamiętają go jako czło­wieka ujmującego prostotą i pogodą ducha. Franciszek Golon z Piasecz­ni znany w okolicy śpiewak, od którego ksiądz zapisał wiele pieśni, dzi­wił się „... jaką to pamięć miał ten człowiek”. Szybko opanował gwa­rę kurpiowską i nią się posługiwał. Gdy rozmawiał z Kurpiami... „nikt nie myślał że on nie Kurp”.

Po każdym wakacyjnym powrocie z Puszczy do Imielnicy dzielił się wrażeniami ze swoimi bliskimi. W kręgu przyjaciół był między in­nymi ówczesny organista parafii Imielnica - Stanisław Zieliński. Pan Stanisław wraz z żoną Józefą do dziś mieszkają w Imielnicy i dosko­nale pamiętają znane szczegóły związane z działalnością amatorskiego wiejskiego zespołu z Imielnicy założonego i prowadzonego przez księdza. Na ogromnej scenie ustawionej na ogrodzonym placu w pobliżu kościo­ła, w niedzielne popołudnie można było obejrzeć tradycyjne wesele kur­piowskie - żywcem przeniesione tu z odległej Puszczy. Dziś takiego widowiska nie odtwarza żaden zespół folklorystyczny. Wtedy przed 50 laty tłumy ciekawych z bliższej i dalszej okolicy Płocka, a nawet z samej Warszawy słuchały pieśni weselnych i oglądały piękne tańce kurpiowskie w autentycznych strojach, był także prawdziwy przejazd pary młodej i gości weselnych udekorowanymi furmankami z domu we­selnego do kościoła, a następnie ślub i powrót. Widzowie byli w ten sposób uczestnikami całego obrzędu. Zebrany dochód z przedstawień w całości przeznaczono na budowę nowego kościoła.

O folklorystycznych zamiłowaniach Skierkowskiego i jego pokaźnych zbiorach szybko dowiedzieli się miłośnicy folkloru z Towarzystwa Nau­kowego w Płocku, a przede wszystkim. dr Aleksander Maciesza, ówcze­sny prezes Towarzystwa, oraz Klemens Jędrzejowski, ks. Mąkowski i in­ni. Od roku 1926 Skierkowski jako członek Towarzystwa wielokrotnie wygłaszał referaty o Kurpiach ilustrowane grą na fortepianie i własnym śpiewem. Niektóre z tych referatów zostały opublikowane w naukowych pismach muzycznych. Współpraca z Towarzystwem szybko zaowoco­wała.

 

„PUSZCZA KURPIOWSKA W PIESNI”

„WESELE NA KURPIACH”

 

W roku 1926 wyżej wspomniany dr Aleksander Maciesza zwrócił się do cenionego muzykologa uniwersytetu we Lwowie - dra Adolfa Chybińskiego z prośbą o udzielenie rad i wskazówek w sprawie wyda­nia przez Towarzystwo Naukowe w Płocku pracy Władysława Skier­kowskiego – „Puszcza Kurpiowska w pieśni”. Propozycja została przyjęta. W jednym z kolejnych listów Chybińskiego do Macieszy czy­tamy: ,,(...) wydanie pracy ks. Skierkowskiego uważam za swoją (zawodo­wą) sprawę tak iż moje staranie koło niej ani na chwilę nie będą mniejsze od starań nad własnymi pracami". Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na fakt, że właściwie dr Chybiń­ski był pierwszym i jedynym konsultantem Skierkowskiego. Po przej­rzeniu pierwszych rękopisów w jednym z lista w do Skierkowskiego Chy­biński pisze tak:

,,(...) czy nie byłoby możliwe:

  1. oznaczyć datą, miejsce i rok lub przynajmniej rok usłyszenia i zanotowania melodii każdej,
  2. zamiast słowa podać tempo wg skali metronomicznej,
  3. podać wiek śpiewaka lub grajka".

Skierkowski uwzględnił życzliwe uwagi Chybińskiego, a jego zbiory w ten sposób zyskały na wartości dokumentacyjnej.

Rękopisy Skierkowskiego - to sto kilkadziesiąt różnego rodzaju zeszytów nutowych i zwykłych, teczek z luźnymi kartkami. Sam autor podzielił zebrany materiał na 10 części:

I - zaręczyny i wesele na Pu­szczy;

II - pieśni zalotne i miłosne;

III - ballady;

IV - pieśni sieroce;

V - pieśni rodzinne;

VI - pieśni komiczne;

VII - pieśni żołnierskie;

VIII - pieśni pasterskie;

IX - pieśni przy żniwach;

X - pieśni roczne.

Towarzystwo Naukowe Płockie wydało tylko dwie pierwsze części, tj. 790 pieśni w 4 zeszytach:

cz. I w 1928 roku od nr 1 - 125,

cz. II zeszyt 1 w 1929 roku od nr 126 - 399,

cz. II zeszyt 2 w 1933 roku od nr 400 - 586,

cz. II zeszyt 3 w 1934 roku od nr 587 - 790.

Rękopisy niepublikowane obejmują łącznie 1490 pieśni, co zestawiwszy z wydanymi 790, dają ogólną liczbę 2280.

Ukazanie się zbiorów Skierkowskiego stało się ważnym wydarze­niem dla świata naukowego i artystycznego. Chybiński pisze, że ,,(...) praca ks. Skierkowskiego odznacza się wszelkiej pochwały godną starannością i metodycznością. Już na pierwszy rzut oka zwracamy uwa­gę na spełnienie wszystkich warunków wymaganych od wartościowych zbiorów pieśni (melodii) ludowych.

To prawdopodobnie prof. Chybiński zwrócił uwagę Karola Szyma­nowskiego na zbiory Skierkowskiego. W niespełna rok po opublikowa-:­niu pieśni kurpiowskich Szymanowski publikuje ,,6 pieśni kurpiowskich na chór a cappella", a w pięć lat później - 12 pieśni kurpiowskich na głos z fortepianem". Źródłem, z którego pochodzą cytaty ludowe w kur­piowskich pieśniach chóralnych i solowych Szymanowskiego, były pieś­ni ze zbiorów Skierkowskiego opublikowane w dwóch początkowych ze­szytach; tak więc był to wybór zaledwie z części publikowanych. Dziś trudno jest z całą pewnością twierdzić, jakie czynniki Zdecydowały o wyborze tych, a nie innych pieśni. Szymanowskiego interesował bardziej materiał prymitywniejszy, o cechach archaicznych.

Czy Szymanowski słyszał pieśni z Puszczy w autentycznym wy­konaniu i czy znał osobiście Skierkowskiego? Na pierwsze pytanie współ­czesny etnomuzykolog Jan Stęszewski - znawca kurpiowskiej pieśni ludowej, odpowiada przecząco. Dokonawszy wcześniej krytycznej oceny zbiorów Skierkowskiego, zwłaszcza strony metrorytmicznej zapisu, stwierdza:

„Całkowite, niemal wierne powtórzenie za Skierkowskim wykorzy­stanych wątków pieśniowych z wszelkimi ich zaletami lecz i omó­wionymi usterkami, bez zgłoszeń zastrzeżeń podobnych do tych, o których wspomina w odniesieniu do dawniejszych” sceprzonych za­pisów muzyki podhalańskiej, jest dowodem, że Szymanowski w au­tentycznym wykonaniu pieśni z Puszczy Zielonej nie słyszał”.

W innym miejscu tenże Jan Stęszewski podaje informację, z której wynika, że ,,(...) w tzw. Archiwum Szymanowskiego znajduje się list Skierkowskiego do Szymanowskiego z 1.IV.1930 r., z którego wynika, że jest to pierwszy ich kontakt" 20. Nie wykluczone, że Szymanowski mógł słyszeć pieśni kurpiowskie, podziwiać piękne tańce i stroje, ale w Warszawie latem 1928 r., bowiem od 5 lipca przez dwa miesiące w sali „Ateneum” w stolicy zespół teatru płockiego grał sztukę sceniczną Władysława Skierkowskiego – „Wesele na Kurpiach” w reżyserii Ta­deusza Skarżyńskiego. Przedstawienie cieszyło się ogromnym powodze­niem; ludzie chodzili je oglądać po kilka razy. Stało się ono ważnym wydarzeniem artystycznym sezonu w stolicy. Prasa i periodyki prowin­cjonalne i warszawskie z tego okresu zamieściły wiele pochlebnych re­cenzji 21. Niektóre z nich zostały przedrukowane w późniejszym wyda­niu libretta "Wesele na Kurpiach". A oto fragmenty ciekawszych wypowiedzi.:

Wiliam Horzyca:

„Nie będzie w tem żadnej przesady, gdy się powie, że lepiej rozumie się charakter twórczości Wyspiańskiego, gdy się widziało to niezwy­kłe misterium weselne ( ... ) Tak więc nagie realne przeżycie, „prawda życiowa” jest tylko jakby odskocznią dla wysokiej obrzędowej formy artystycznej, nieskażonej żadnym kompromisem z realizmem”.

Ludwik Puget:

„Byłem na przedstawieniu z przyjacielem Francuzem, który jest pi­sarzem i muzykiem zarazem. Trudno opisać zachwyt jego, jak rów­nież jego żony. Powtarzano, że dla tego jednego widowiska warto było odbyć podróż do Polski. "Wesele na Kurpiach" ma zapewnione powodzenie w Paryżu czy Londynie, powodzenie takie jak balet ro­syjski i tancerki cesarza Kambodży".

Tadeusz Boy-Żeleński:

„Wyczuł mianowicie (ks. Skierkowski), jak przedziwny dramat tea­tralny tkwi w samej obrzędowej stronie wesela; zrozumiał, że przy­dać tu jakąkolwiek bajeczkę, znaczyłoby rzecz osłabić. I nie dzieje się dosłownie nic ponad to, co mówią tytuły aktów: „Wypyty” – „Rajby” – „Rozpleciny” – „Oczepiny”. Mało znam rzeczy równie patetycznych jak ten moment oczepin na scenie. I te melodie ..."

 

Skierkowski cieszył się z sukcesu swojej sztuki dostrzegając zarazem innych współtwórców sukcesu, a mianowicie, dyrektora teatru ­Tadeusza Skarżyńskiego, a także Faustyna Piaska oraz Władysława Macury - muzyków, autorów instrumentacji. Zarówno powodzenie sztuki, jak i duże zainteresowanie muzyków opublikowanymi już pieśniami kurpiowskimi, dodawało siły i zapału do pracy nad gromadzeniem i pu­blikowaniem następnych. Nie zapominajmy jednak, że głównym zaję­ciem Skierkowskiego w tym czasie było duszpasterstwo - był przecież proboszczem w Imielnicy. Dziś trudno zrozumieć, jak mógł tyle różno­rodnych absorbujących prac wykonywać jeden człowiek i jeszcze mieć czas na polowanie, przejażdżki konne, prowadzenie zespołu regionalnego.

 

TRUDNE OSTATNIE CHWILE

Gdy wybuchła wojna (1939 r.) Skierkowski miał 53 lata, był w peł­ni sił, pochłonięty pracą nie tylko duszpasterską, ale naukową l spo­łeczną. Jego poważny dorobek naukowy znany był Niemcom. Znajomość kultury ludowej Kurpiów sąsiadujących bezpośrednio z Prusami mogła być przydatna i ułatwiać okupację tych terenów. Jakiś czas Skierkowski unikał spotkań z Niemcami, lecz nie trwało to długo. 6 marca 1941 r. w nocy ok. godz. 100 plebanię w Imielnicy oświetliły reflektory niemieckiej karety. Po chwili dwaj żandarmi i jeden cywil weszli do środka i upewniwszy się, że zastali księdza w domu, polecili ubrać się niezwłocznie i wsiąść do pojazdu. Pozwolili wziąć ze sobą je­dynie jeden koc. Ksiądz zasłabł z wrażenia, a po chwili już był w kare­cie, która oddaliła się w kierunku Borowiczek. Jak się później okazało, w szkole w Borowiczkach (niedaleko Imielnicy) byli już inni księża, zwiezieni tej nocy. Nad ranem przewieziono ich furmankami przed kościół w Imielnicy. Tu oczekiwali na pojazdy, które miały ich wywieźć w nieznane. W międzyczasie ksiądz Skierkowski zdążył jeszcze pójść w towarzystwie żandarma na swoją plebanię po lekarstwo i gorący posi­łek. Jeszcze tegoż dnia, wraz z innymi aresztantami tej nocy, wywie­ziono ich wszystkich drogą przez Płock do Działdowa. Obóz w Dział­dowie był największym obozem śmierci dla duchowieństwa płockiego. Był to obóz najbardziej prymitywny, urągający elementarnym zasadom higieny. Tu księża oprócz fizycznego i moralnego znęcania się nad ni­mi w sposób najbardziej wyrafinowany, głodu, ciągłego lęku, byli ska­zani na wyczerpującą bezczynność. Siedzieli całymi dniami w celach z rękami wyciągniętymi na kolanach wyciągniętych nóg, z tułowiem wyprostowanym i przywartym do ściany lub w pozycji stojącej z ręka­mi wzniesionymi, opartymi o ścianę.

W obozie działdowskim zginęło ok. 10.000 więźniów, a wśród nich wszyscy księża, którzy owej strasznej nocy 6 marca zostali aresztowani. W 1941 r. przyszło powiadomienie z Działdowa, że ks. Władysław Skierkowski umarł na zapalenie płuc dnia 20 sierpnia 1941 r. o godz. 6 min. 20 w obozie w Działdowie.

Nie można było spełnić pragnienia księdza, by kości jego zebrać i pogrzebać przy kościele w Imielnicy. Jak wspomina ks. Wacław Jezu­sek ,,(...) kilkakrotnie udawano się do Działdowa podczas ekshumacji (...) najprawdopodobniej ciała wszystkich księży zmarłych w Działdo­wie spalono”.

W 7 rocznicę wywiezienia Skierkowskiego do obozu w Działdowie, tj. w 1948 r., wdzięczni parafianie z Imielnicy ufundowali i wmurowa­li w przedsionku kościoła pośmiertną tablicę marmurową z napisem:

"Sp. Ks. Kanonik Władysław Skierkowski ur. 12.111.1886 roku pro­boszcz parafii Imielnica od 1925 r. z ofiar parafian świątynię tę zbudował. Zamordowany przez Niemców w obozie w Działdowie dn. 20.VIII.1941 r. Wieczny pokój daj mu Panie".

Marmurowa tablica poświęcona Skierkowskiemu jest także w głów­nym budynku Towarzystwa Naukowego Płockiego. Napis na tablicy głosi:

„Księdzu Władysławowi Skierkowskiemu (1886-1941) członkowi Towarzystwa Naukowego Płockiego wybitnemu badaczowi pieśni lu­dowych Kurpiowszczyzny, autorowi znakomitych dzieł – „Puszcza Kurpiowska w pieśni”, „Wesele na Kurpiach”, „Muzykalność ludu kurpiowskiego” i innych prac, zamordowanemu przez hitlerowców w obozie koncentracyjnym w Działdowie w pięćdziesiątą rocznicę wydania „Puszczy Kurpiowskiej w pieśni”, Towarzystwo Naukowe Płockie. Płock, grudzień 1978 r.

Nie udało się odnaleźć podobnych dowodów wdzięczności na terenie Kurpiowskiej Puszczy Zielonej, której Skierkowski oddał swoje serce. Ocalił od zapomnienia ponad 2.000 pieśni - dziś zabytków kultury du­chowej Kurpiów. To za jego sprawą Karol Szymanowski i inni kompo­zytorzy mogli podnieść do rangi narodowej i światowej ludowe moty­wy muzyki kurpiowskiej. Nie twierdzimy, że społeczeństwo kurpiowskie jest mniej wdzięczne od płockiego i imielnickiego, ale na pewno mniej wie o Skierkowskim. Mamy cichą nadzieję, że chociaż w części niniej­sza monografia wypełni tę lukę w wiedzy społeczeństwa, zwłaszcza kur­piowskiego, o tym Człowieku.

 

 

Henryk Gadomski

Poprawiony: piątek, 18 czerwca 2010 08:25
 


Copyright © 2017 Witamy w Lemanie. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem dostępnym na licencji GNU GPL.